Dwa lata temu nie wiedziałam jeszcze, że istnieje coś takiego jak biegi górskie (choć byłam Mistrzynią Warszawy w Zimowych Biegach Górskich… jednak ganianie po falenickiej wydmie z górami ma niewiele wspólnego…) Zdarzyło mi się też w 2004 roku wygrać Sudecką Setkę (100 km po Górach Kamiennych – o czym w pierwszym wpisie), ale jakoś nie traktowałam tego biegu jako wyzwania górskiego. W mojej pamięci pozostał jedynie ból związany z pokonaniem stu kilometrów…

Pamiętam, że jakoś tak, jeszcze w czasach studenckich, w Bieszczadach natrafiłam na grupę „pomyleńców”, którzy biegli po połoninach. Pomyślałam , że też bym tak chciała (choć w grupie znajomych raczej pobłażliwie komentowaliśmy tych szaleńców). Ale na myśleniu się skończyło. Wtedy bardziej kręciło mnie posiadanie 20-kilowego plecaka na grzbiecie i bycie„niezależnym” w górach (czytaj: piwo na każdym postoju) niż bieganie. Właściwie biegania jeszcze nie odkryłam, za to bardzo chciałam zostać przewodnikiem górskim. Życie jednak weryfikuje marzenia (co za szczęście, że tak mało z tego, co sobie wyśnimy spełnia się!)

 

Na „prawdziwy” bieg górski po raz pierwszy trafiłam dwa lata temu (dopiero!). W sumie zupełnie przypadkiem, bo akurat byliśmy w górach „na wypoczynku”. O tym, że kompletnie nie miałam pojęcia z czym to się je może świadczyć fakt, że mój mąż wystartował w tym biegu z babyjoggerem… Tak, tak! I dotarł do mety na Magurkę… gdy już zwijano metę… Przez większość dystansu pchał wózek pod górę, a 7 miesięczny Bartek siedział w nosidle – z bieganiem nie miało to nic wspólnego. Ja jednak zajęłam medalowe 3 miejsce i bardzo spodobała mi się taka odmiana w bieganiu. Mimo to przez kolejne pół roku w góry nie wybraliśmy się.
Dopiero w maju, znowu przy okazji urlopu w górach, wystartowałam w biegu na Grojec. Wtedy  dowiedziałam się, że biegi górskie dzielą się
na kilka typów, że nie wszystkie są bezpieczne, że jest w Polsce tak wiele imprez górskich! Właściwie w ciągu sezonu, co tydzień mamy przynajmniej jeden bieg, a są weekendy, gdy imprez jest 7-8. Jest w czym wybierać. Są też oficjalne Mistrzostwa Polski, rozgrywane corocznie w 4 konkurencjach:

- bieg alpejski
(klasyczny bieg górski pod górkę, czyli meta znajduje się na szczycie, a start
u podnóża góry. Zazwyczaj dystans u kobiet to ok. 9km, u mężczyzn 12.
Oczywiście są szczegółowe wytyczne federacji na temat obowiązkowego
przewyższenia i dystansu). Biegi anglosaskie są teoretycznie najbezpieczniejsze
i stanowią doskonały środek treningowy, ale… bieganie pod górę niestety szkodzi
naszym Achillesom; także jeżeli ktoś ma problemy z tym ścięgnem, lepiej
wystrzegać się długich podbiegów. Także osoby, które nie do końca pewne są
swojego serca nie powinny porywać się na wielkie przewyższenia. Tętno potrafi
tu bardzo gwałtownie wzrosnąć. Rada dla debiutantów – nie zaczynać za szybko
(choć pewnie każdy musi przez to przejść – za szybkie zakwaszenie już na
pierwszych kilometrach! Zupełnie inaczej niż na płaskich dystansach).

- bieg na krótkim dystansie (bieg alpejski, ale na krótszym odcinku, zazwyczaj 5
kilometrowym. Tu nie ma co kalkulować, trzeba od początku biec szybko. Ale nie
za szybko… najlepiej przekonać się osobiście, choć to boli. I bywa frustrujące,
gdy w wynikach widzisz, że niektórzy pokonują dystans pod górę w tempie twoich
biegów po płaskim…)

- bieg anglosaski
[czyli wbiegasz i zbiegasz; lub na odwrót. Biegi anglosaskie nazwałabym biegami
dla osób o stalowych nerwach i mocnych kolanach… W tej konkurencji liczy się
odwaga i szybkość zbiegu. Najlepsi osiągają tu naprawdę zawrotne prędkości!
Mnie na zbiegu z Kasprowego Garmin pokazał średnią jednego z kilometrów 2,35
min/km… ale na tym samym biegu jeden z trzydziestolatków wybił sobie wszystkie
przednie zęby, kolejny złamał rękę, a i organizator nie obył się bez szycia
głowy… Straty i kontuzje niestety nie należą do rzadkości – dlatego odradzam
ten typ biegów osobom ze zbyt bujną wyobraźnią. Zbiegać kategorycznie nie
powinny osoby zmagające się z kontuzjami kolan i stóp (pod szczególna ochroną
powinien być staw skokowy). Dla kręgosłupa to również duże wyzwanie. Jeżeli
jednak jesteśmy miłośnikami prędkości, a na płaskim za nic nie możemy zbliżyć
się do wyników Bolta, to zbieganie dostarczy nam niesamowitej frajdy. I pozwoli
poprawić swoje osiągi, przyzwyczajając mięśnie do większej kadencji. No i ten
ból w mięśniu czworogłowym -  nie do
przecenienia!]

- bieg na długim dystansie (bieg na trasie przekraczającej długość półmaratonu.
Mistrzostwa Polski to zazwyczaj trasa ok. 30km, ale na Mistrzostwach Świata
mamy już dystanse zbliżone do maratonu. Trasa ma różny profil, od alpejskiego,
poprzez typowy anglosaski. 3 sierpnia 2013 roku w Polsce odbędą się Mistrzostwa
Świata, w formule otwartej, rozgrywane podczas Maratonu Karkonoskiego. Otwarta
formuła pozwala na start każdego, kto zmieści się w limicie startujących, czyli
zdąży zapisać się w odpowiednim czasie. To bardzo dobra okazja, by pościgać się
z najlepszymi biegaczami górskimi. Ale do takiego biegu powinniśmy być naprawdę
dobrze przygotowani. Odradzam debiutowanie w górach na takim dystansie! To
naprawdę skrajna nieodpowiedzialność; nawet jeżeli mamy za sobą już płaskie
maratony. Gór powinniśmy „nauczyć się” najpierw na krótszych trasach. Wtedy też
będziemy w stanie lepiej ocenić, czy jesteśmy w stanie zmieścić się w limitach
wyznaczonych przez organizatorów na poszczególnych punktach trasy).

W 2011 w Biegu na Długim Dystansie zostałam Mistrzynią Polski… ale o tym innym razem.

 

Biegi w górach to także ultra-dystanse lecz to zupełnie inna bajka i kolejny poziom wtajemniczenia. Uważam, że biegów ultra nie powinniśmy
zaczynać za wcześnie, bo to jednak wyzwanie dla dojrzałych biegaczy (i nie chodzi mi tylko o przeciwwskazania zdrowotne, ale także o dojrzałość potrzebną do tego, by mierzyć się z dziesiątkami, czy setkami kilometrów). Fajnie jednak mieć taki cel, bo już kilkadziesiąt minut biegu górskiego to uczta dla ciała i ducha, a co dopiero kilka, kilkanaście godzin… czy więcej.

Są też i inne biegi pod górę – jak choćby biegi po schodach, czy też robiące ostatnio furorę biegi po skoczniach mamucich. Najwięcej w
Polsce może na ten temat powiedzieć Piotr Łobodziński, który należy do ścisłej światowej czołówki. Ale to kolejna opowieść… Również fascynująca.

Ten tekst ma trochę przewrotny tytuł, bo tak naprawdę chciałabym, żeby jak najwięcej osób zakochało się w bieganiu po górach. Ja, mieszkanka wielkiego miasta, odnajduję w górach emocje, które nie są dostępne na nizinach. Góry to także zupełnie nowe wyzwania, odkrywanie siebie na nowo. To doskonały sposób, by przełamać rutynę biegania po asfalcie. A żed trzeba przejechać pół Polski…

W perspektywie przyszłego roku, gdy w Polsce rozegrane zostaną Mistrzostwa Świata w Długodystansowych Biegach Górskich (sierpień) oraz w Biegach Anglosaskich (wrzesień, Krynica – formuła zamknięta) to szansa na pojawienie się nowych talentów. Eliminacje do
kadry Polski odbywają się w bardzo jasnej formule – najlepsi z Mistrzostw Polski reprezentują kraj. Gdy ktoś z jakiś powodów nie może wystartować, na Mistrzostwa Świata czy Europy jedzie kolejna osoba ze stawki. Żeby jednak nie było tak pięknie, to trzeba za wyjazd samemu zapłacić… Organizatorzy zapewniają jednak reprezentantom poszczególnych karjów noclegi i wyżywienie podczas Mistrzostw, zawodnicy są zwolnieni z opłaty startowej (dla przeciętnych śmiertelników to ok. 150 zł, 50 EUR).

Frajda z reprezentowania kraju i sam udział w imprezie takiej rangi warte są jendnak swoich kosztów. Szczególnie, że biegacze górscy to amatorzy… w 99 procentach… Biegają, bo lubią Śmiech

Kalendarz biegów górskich znajdziecie na portalu
biegigorskie.pl.

Do zobaczenia w górach, choć mnie pewnie ominą przyszłoroczne starty…

….

….

PS. Przyznaję bez bicia, że dzisiaj zapisałam się na sierpniowy MARATON KARKONOSKI…. A co tam, 3 miesiące po porodzie z formą może
już być dobrze;) W najgorszym razie czeka mnie długa wycieczka w góryJęzor